Gnicie a butwienie

Sposoby beztlenowej utylizacji resztek domowo-ogrodowych są znane od dawna, np. w modnym ostatnio wariancie rozkładu siana-trawy w workach. Czyli kiszenia. Przypomnieć warto, że diametralnie zmienia się w produkcie tego rozkładu proporcja organicznych, organiczno-mineralnych i mineralnych składników.

Rozkład resztek organicznych klasyczny, zwany kompostowaniem, nie ma minusów. Daje produkt o uniwersalnym zastosowaniu. Góruje nad kiszeniakiem, jak dla mnie. Bo w tym drugim część ważnych składników rozkładu białek ulatnia się w kosmos. Właśnie przy jakimkolwiek otwarciu szczelnych pojemników, czy to w trakcie rozkładu, czy na końcu.

Produkt tego drugiego, kiszonkowego wariantu, produkt po odsączeniu, jest wstydliwie zakopywany, by dał się ponownie użyć. Nie nadaje się do poprawiania własności gleby w niedokończonego rozkładu swym etapie. A kompost z klasycznego, tlenowego rozkładu? Poprawia wszystko: ciepłotę gleby, jej chłonnośc, i to nie tylko chłonność wody, lecz i tzw. sorpcyjność, czyli zdolność do przetrzymywania w cząstkach gleby składników odżywczych. Umożliwia tzw. wymienną chłonność, nawet chłonność biologiczną, bo skupia w swych cząstkach mikroorganizmy glebowe. Poprawia ciepłotę gleby – przytrzymywaniem wody ochładza glebę zbytnio się nagrzewającą, a tworząc agregaty glebowe, gleby mokre, zlewne, ciężkie napowietrza, więc i naciepla. Tymi tworzącymi się w agregatach porami glebę równocześnie podsusza.

Co więc daje odsącz z gnilnego rozkładu? Daje zasilanie składnikami odżywczymi, ale niewiele więcej. Mnoży mikroflorę gleby. Zmniejsza do minimum objętość odpadków – czy to sukces? Połowiczny.

Bo kompost sypki góruje. Grzeje/ chłodzi, nawilża/ podsusza, dotlenia, daje pożądaną strukturę gleby, lepiąc składniki w grudki, zmienia tak mechanikę gleby dla wszelakiej gadziny, glebę penetrującą. Mikro-, mezo- i makrogadzinie.

Nie jest też rozłozony do końca – co daje jeszcze wieloletni etap zasilania gleby, w miarę dokańczania się – już w glebie – rozkładu swych składników. Składniki nierozłożone, jeszcze częściowo organiczne, transportują w sobie już te rozłożone, mineralne.

Wszystko to można zważyć i zmierzyć – choćby badając tzw. stosunek ]pierwiastkowy] C:N w glebie [przed/ po] zasilanej oboma produktami – tlenowego i beztlenowego rozkładu. Sprawdzając mikrobiologiczny skład fauny [grzyby] i mikroflory glebowej – przed i po zasilaniu.

Czy warto całkiem krytykować wiaderkowy wariant rozkładu resztek? Oczywiście – nie. „Wiaderko” i kiszonka w workach uczy podstaw, ładnie[j] wygląda, jest modne w industrialnych ludzkich zbiorowiskach. Oświeca, zbliża z naturą, zakaża ekomysleniem.

Jednak dla nas, mających wielorakie odpadki w ogrodach, różne gałązki ze ścinania wiosennego, [niestety] sianotrawę, 4-metrowej długości słoneczniki, liście w masie wielokubicznej objętości i inne ciekawostki – dla nas takie wiaderka są … za małe. A do palenia odpadków już nie wrócimy.

Czy z klasycznego, sypkiego, świeżego kompostu nie można robić płynnego nawozu, jak w tych metodach wiaderkowych? Ależ oczywiście, można. Ten, jaki kupujemy w postaci płynów zbutelkowanych, z niego wlaśnie powstaje, po zalaniu zwykłą deszczówką i odsączeniu, w np. hodowlach zmutowanych dżdżownic. Można to produkować samemu/ samej!

Czy oba kierunki utylizacji ogrodowych resztek można pogodzić? Ależ to się już dziś czyni. W biogazowniach. Tamże składniki, jakie z bokasi-wiaderek się w kosmos ulatniają, wychwytujemy, nimi się opalamy – nie tracąc nic. Tam szlamem=resztkami – zaczynia [zaszczepia] się komposty surowe i zasila grunty. Jednak to sporo transportowo, w sumie, kosztuje. Wydłuża łańcuch, sprzyja zwyrodnieniu, odsuwa start od końca*…

medytował eko-logistycznie

Dar61

*/

Nie wszystek umrę?